Publikuję swoje opowiadania na pewnym forum pewnej gry. Publikuję i czytam twory innych; roi się tam od uroczo naiwnych romansów początkujących autorek w przedziale wiekowym siedem-jedenaście. Czasem jakieś skomentuję. Oczywiście sarkastycznie – sarkazm jest teraz w modzie. Sarkazm to nowe pojęcie profesjonalizmu.
Ale – nie daj
borze! – żeby autorka nie przyjęła mojej profesjonalnej,
sarkastycznej opinii! Och, ja już jej
zrobię wywód. Nie umie przyjmować konstruktywnej krytyki! Hejt? Myli pojęcia!
Przecież powiedziałam jej tylko, żeby przestała pisać! Nie moja wina, że pisze
beznadziejnie, prawda? Prawda?
Prawda. Ale
ty jej nie pomagasz.
Co jest
prawdą: publikuję opowiadania na pewnym forum pewnej gry, czytam też inne prace
i tak, są tam opowiadania dziewczyn z pierwszych, drugich, trzecich, czwartych
klas podstawówki. Ale są tam też te dojżałe
pisarki, które pół roku temu pisały prologi, zaczynając od „Cześć. Mam na
imię…, mam lat… i jestem piękna”. Uważają bowiem, że mogą kogoś zmieszać z
błotem, bo piszą lepiej (chociaż najczęściej i ich utwory są wątpliwej
jakości). Uważają, że mogą komuś powiedzieć: „przestań pisać, bo się nie
nadajesz”.
Przykład z
tego samego forum: dziewczyna opublikowała prolog. Nic szczególnego, ale nie
było źle. Jedna z tych wcześniej wspomnianych dojżałych pisarek poprawiła tekst (nie wypisując, co dokładnie tam
jest źle; po prostu rzuciła opowiadaniem z łaskawym „masz”) i dopisała jedno
słowo: „nudne, nie chcę nexta”. Zaraz po niej przyszła druga, dojżała pisarka. Tym razem wyjaśniła, co
jest nie tak, to prawda, ale był jeden szkopuł – sama pisała z błędami.
Wstawiała przecinki do prologu tam, gdzie ich być nie powinno i tak dalej. Poza
tym jej ton był bardzo protekcjonalny i sarkastyczny. Wyśmiewała się – bo inaczej
się tego nazwać nie dało – z błędów, które błędami nie były.
Gdy autorka
spytała: „dlaczego nudne?” i oznajmiła, że poprawek nie wprowadzi, bo: 1) w
pierwszym przypadku nie wie, co właściwie jest źle; 2) wie, że w drugim
przypadku tylko pogorszy sprawę. Rozpętała się wesoła dyskusja – nieśmiertelne „mylisz
pojęcia”, „musisz nauczyć się przyjmować konstruktywną krytykę”, „powinnaś
zrozumieć...” – ciągnęła się przez dwie strony (jedna to dwadzieścia pięć
postów), w międzyczasie wtrącały się osoby trzecie, biorące stronę dojżałych. Warto wspomnieć, że autorka nie otrzymała odpowiedzi na żadne z zadanych pytań. W końcu odpuściła i
usunęła całe opowiadanie.
Taki cel
miały zamiar osiągnąć te… krytyczki? Czyżbym dotychczas żyła w kłamstwie, że
krytyka ma pomóc w rozwoju, a nie go blokować?
Nie wydaje mi
się.
Nie jest to
zresztą pojedynczy przypadek. Takie sytuacje zdarzają się wszędzie, na każdym
forum, i o wiele częściej, niż powinny. Czy naprawdę autor nie ma prawa nie
przyjąć krytyki? Czy zawsze ma się kajać przed krytykującym i dziękować mu za
łaskawe zerknięcie okiem na opowiadanie?
Odpowiedź
brzmi: nie. Tak samo jak krytyk ma prawo wyrazić swoją opinię, tak samo pisarz
ma prawo jej nie przyjąć, a krytyk ma obowiązek (!) to zaakceptować. Oczywiście,
przyjmowanie krytyki może pomóc w rozwoju – a raczej na pewno pomoże, jeżeli
oddzielimy przydatną, konstruktywną krytykę od takiej, którą konstruktywną zwać
się chce.
Niektórzy
autorzy uważają swoje potworki za ósmy cud świata. Niektórzy hejterzy uważają wylewany
jad za konstruktywną krytykę (łał, ile razy już powtórzyłam to wyrażenie w
tekście!). Nie popadajmy ani w pierwszy, ani w drugi stan, i nie bądźmy na
żaden z nich obojętni.
Oficjalnie
otwieram Canapé à confidents!
zdjęcie: (c) foter, jm3
zdjęcie: (c) foter, jm3

Racja. Mi często zdarza się (mam nadzieję, że konstruktywnie i merytorycznie) krytykować teksty innych, ale nie oczekuję od innych żeby przyjmowali moje słowa bezkrytycznie. To byłoby mocno głupie, bo jednak mam tylko te naście lat. Jak zrobię dyplom z polonistyki, to będę miała prawo się wymądrzać.
OdpowiedzUsuń